Sabałowe Bajania - Podsumowanie
Poniedziałek, 17 Sierpień 2009 11:05
Bukowina sprzedała Sabałę. A Sabała szczęśliwy.
Kto był na tegorocznych Sabałowych bajaniach w Bukowinie, a pamięta jeszcze jak wyglądały te pierwsze – mógłby się złapać za głowę. Z powodu przerażającej komercji. Pomijając sam fakt, że razem z Domem Ludowym tegoroczną imprezę organizowała firma prywatna, wszędzie widać bannery sponsorów. Ich balony reklamowe i samochody. Na scenie zamiast górali pojawili się Węgrzy i Ślązacy, na sali było więcej kamer i mikrofonów, niż widzów, a cały plac przed Domem Ludowym, przypominał bardziej nowotarski plac targowy, niż imprezę folklorystyczną. Ale w tym całym szaleństwie, można dostrzec także i dobre strony.
Handel kulturą
Z reguły, jeśli coś jest nierentowne (czyli mówiąc po ludzku – się nie opłaca), należy to sprzedać. A przynajmniej, tak właśnie się robi. Potocznie nazywa się to restrukturyzacją. I co najciekawsze – po tym procesie o niezwykle trudnej nazwie, przedmiot sprzedaży przestaje przynosić straty. I właśnie to, co stało się z Sabałowymi bajaniami, można nazwać restrukturyzacją. Ponieważ impreza nabrała równie komercyjnego charakteru, jak skoki narciarskie które nie mogą być odwołane, nawet w skrajnych sytuacjach. Skoro jednak samą imprezę „zrestrukturyzowano”, śmiało można powiedzieć, że ktoś na komercjalizacji kultury zyskał. Tylko kto? Przede wszystkim – sama kultura. Z pozoru brzmi to paradoksalnie, ale jednak jest to szczera prawda. Dlaczego?
Speedy und rapido
W zamyśle Józefa Pitoraka, który w latach '60 zapoczątkował imprezę, Sabałowe Bajania miały być imprezę która miała kreować wizerunek kultury góralskie, wśród... samych górali. Jednak pomysłodawca nie mógł przewidzieć jednego. Tego, że po sześćdziesięciu latach padnie żelazna kurtyna, Polska będzie w Unii Europoejskiej, a cały świat zacznie przypominać jedną globalną wioskę. I że w Polskie góry, zaczną przyjeżdżać turyści z całego świata. I rzeczywiście – po rejestracjach można było poznać samochody z Ukrainy, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, a nawet Włoch i słonecznej Hiszpanii. Po mowie – Japończyków i Amerykanów. Oczywiście przeciętny turysta nie jest w stanie zwiedzić całej Polski, w czasie tygodniowych wczasów. Jeśli więc jedzie w góry, mało prawdopodobne jest że trafi do obozu w Oświęcimiu, znajdzie bursztyn na nadbałtyckiej plaży śmierdzącej ropą naftową, czy zwiedzi kopalnię z Zabrzu. Więc zwiedza to, co ma po nosem, a wieczorem chce się pobawić. I bawi się na Sabałowych Bajaniach, przy muzyce zespołów z całej Polski. Taka nasza Ojczyzna w pigułce. A owa piguła na obcokrajowców działała wyjątkowo mocno. Kto nie wierzył, mógł przyjechać do Bukowiny i nauczyć się, jak po Japońsku brzmi „ale piękne”. Ja wiem, ale powtórzyć (a tym bardziej – napisać), niestety nie potrafię.
Jaka młodzież, taka kultura
Nowa formuła festiwalu, na którą sporo górali narzeka, z pewnością daleko odbiega od pierwowzoru. Jednak narzekający nie potrafili zauważyć, niestety, jednej rzeczy: dzisiaj mamy inną młodzież, niż w ich czasach. Mało który młody artysta pojedzie na konkurs przez pół Polski dla samego ideału. Potrzebne są nagrody, których państwo w czasach cięć budżetowych nie jest w stanie zagwarantować. A sponsorzy – owszem. Zresztą – z kulturą która nie jest komercją, ciężko dotrzeć do współczesnych nastolatków. Bo skoro każdy z nich woli plastikowe brzmienie wokalu Justina Timberlake'a, ciężko go zmusić do wysłuchania Czesia z Białki. A komercja – pozwala regionalizm przemycić pod płaszczykiem wpółczesnych trendów.
Górale psioczą, choć zyskają
Nikt też nie zwraca uwagi na kolejną rzecz: jeśli mieszka się na Podhalu, zespół góralski można zauważyć na każdej z miejskich uroczystości. A jeśli się żyje na wsi, w jednym z niezliczonych region-bandów gra się samemu. Albo gra sąsiad w najgorszym wypadku. Dlatego ściągnięcie przez organizatorów zespołów góralskich z kilku krajów Europy było znakomitym pomysłem. I okazją do rozmów i porównań. Czym się różni kultura nasza, od kultury takich samych Górali z Francji. I czym w ogóle Górale różnią się od Ślązaków i reszty Polski? Bo wokalistka katowickich „Akordeonistów”, na głowie miała całkiem podobny wianek do dziewczyn z Zębu, czy Cichego. W Wikipedii można to sprawdzić, ale komu by się chciało?
Poza tym – muzyka góralska, jest jak szampan z kawiorem. Wyśmienita, ale w odpowiedniej ilości. A później robi się od niej mdło. Więc można sobie wyobrazić ile procent publiczności bawiłoby się non-stop przy „Janickowych licach” przez pięć dni pod rząd. A tak mieli dla odmiany romską kapelę i zabawę pod gołym niebem. Warto też zwrócić uwagę na to, że dzięki jarmarcznym straganom Niemcy, Japończycy, czy Poznaniacy nie musieli oglądać regionalnych haftów wyświetlanych na ścianie z cyfrowego projektora. Tylko mogli je dostrzec w realu. Dotknąć, pomacać i zabrać do domu. A przez to zarobi nie tylko Bukowina, ale także i jej mieszkańcy.
Jednym słowem można więc powiedzieć, że „restrukturyzacja” Sabałowych Bajań wyszła... wprost bajecznie. Dlatego, że jest to jedna z nielicznych imprez, na której komercjalizacji zyskali wszyscy. A dzięki setkom mikrofonów, co (a raczej – kto) w górach piszczy, mogli zobaczyć także Ci, którzy w góry przyjechać nie mogą. Sama impreza była doskonale zorganizowana: po całej Bukowinie krążą specjalne busy, a publiczność cały czas była czymś zajęta. Czymś, bo cała impreza to było coś. Przez duże ce i w tym pozytywnym znaczeniu.
Krzysiek Zając
Galeria: Zobacz komerkę z klasą i Bajania, które okazały się bajeczne (foto: Krzysiek Zając):
| Komentarze |
|
3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."
| < Poprzednia | Następna > |
|---|
NowePodhale.pl - Wszelkie prawa zastrzezone



