11. ZAWODY KONNE W ŁOPUSZNEJ-konie ocalały!!!.
Poniedziałek, 17 Sierpień 2009 16:30

Z niemałym przejęciem i nie udawaną fascynacją udałem się na niedzielne zawody konne do Łopusznej. Starannie przygotowałem dwa aparaty, naładowałem do pełna baterie, nawet kamerę w torbie zmieściłem. Wszystko po to, aby nic nie umknęło reporterskiemu obiektywowi i by móc przekazać najsmakowitsze kąski tej imprezy. Bo a nóż ktoś zamęczy konia, kolejne już na Podhalu niewinne zwierze? Wszak w ramach zawodów miały się odbyć unikalne zmagania w zrywce drzewa, a więc konie musowo musiały się męczyć. W dodatku pogoda upalna- wyśmienite warunki do łapania taniej sensacji kosztem zwierząt. Biorąc pod uwagę nigdy nie spisane i nie udowodnione dziennikarskie prawo powtarzalności sensacji, w myśl którego jak raz ktoś wypadnie z okna, to zdarzy się to po raz kolejny niebawem, wszystko wskazywało na to, że jakiś koń padnie. A to zawsze sensacja, zwłaszcza teraz, gdy nie milknął echa wypadku na drodze do Morskiego Oka. Wszystko wskazywało na to, że doskonały materiał reporterski sam wpadł w ręce. Zwłaszcza że nowepodhale.pl objęło patronat medialny nad imprezą.
Smaczku dodawała zapowiadana bitwa kulinarna: szefowie kuchni kontra gaździny. Co prawda pojedynek miał dotyczyć przyrządzania potraw, ale cień szansy na unikalne fotografie szarżujących gaździn pod grulowym ostrzałem szefów kuchni sam się napraszał. Mogło zatem być ciekawie.
Jakże pozytywne było moje zdziwienie, gdy w Łopusznej spotkałem się z dość, jak na oko nie wprawionego koniarza, dobrze przygotowaną imprezą konną o randze międzynarodowej. Bo i sąsiedzi ze Słowacji brali w niej udział, podobnie jak w zeszłych latach. Do Łopusznej zjechali miłośnicy jazdy konnej z całej Polski, oczywiście ze swoimi pupilami. A konie te były piękne, zadbane, wysportowane, jednym słowem klasa, prestiż, wysoki poziom. I niemałe zainteresowanie okolicznych mieszkańców i turystów.
Skoki.
Pierwsza część zawodów obejmowała skoki. W skokach przez przeszkody do 50 cm dla początkujących trzy pierwsze miejsca kolejno zajęli: Dean Litkoviec na koniu Aramis, Zuzanna Darowska na Ice Rose oraz Urszula Spyrka na Arizonie.
W profesjonalnym konkursie klasy L pierwsze misja przypadły Justynie Domagale na koniu Pył, Barbarze Ziębie na koniu Łania oraz Katarzynie Skrzypek na Turbud Czar.
W konkursie Jocker wygrała Klaudia Zięba na Pasji, druga była Ilona Majewska na Larmenie, trzecia Katarzyna Skrzypczak na koniu From.
Sędzią głównym zawodów była pani Teresa Tomana.
Zrywka.
Po skokach przyszedł czas na to, na co większość czekała od południa. Konkurencja w zrywce drzewa. Od samego początku zastanawiałem się, jakie, te biedne konie zrywać drzewo będą, skoro w stadninie Stanisława Buły, gdzie się zawody odbywały, naliczyłem drzew aż dwa… No i jak koń ma zerwać takie mocne drzewo? Zawody szybko mi pokazały, o co chodzi.
Już w czasie skoków zaczęły na teren stadniny wjeżdżać fasiągi, prowadzone przez potężne, masywne, ciężkie konie pociągowe. Mniemam, że takie właśnie, jakie używane są w Morskim Oku. W niczym nie przypominały smukłych koni, które skakały przez przeszkody, chyba swoim rżeniem. Powoli zaczęło mi świtać, że jednak zrywka, jaka by ona nie była, jest możliwa.
A chodzi po prostu o to, by zerwać z ziemi powalone już kłody drzewa i przeciągnąć je na tzw. kare, czyli przednią oś wozu. Potem drzewo ciągnione jest na pewną odległość. Oczywiście wszystko na czas. Kto nie był i nie widział, ciężko będzie mu uwierzyć jak fascynująca to konkurencja. Wysiłek konia i człowieka, ich współpraca i zrozumienie, wyczucie przy ciężarze drewna zbliżonym do tony, musi robić piorunujące wrażenie. I robi, trzeba to przyznać. Robi wrażenie i dodatkowo stanowi specyfikę koniarzy góralskich- ta konkurencja rozgrywana jest tylko na Podhalu i Podhale w środowisku konnym z tego słynie. Miało to swoje odzwierciedlenie w zainteresowaniu publiczności, która niezwykle emocjonalnie podchodziła do występów startujących zawodników.
Warto wspomnieć, że zawody te rozgrywane są dzięki zaangażowaniu profesora Tischnera, brata słynnego księdza- filozofa rodem właśnie z Łopusznej, który jest inicjatorem rozgrywania tej dyscypliny. On też tradycyjnie jest fundatorem pierwszej nagrody- pięknego homonta. Przypadło ono Marianowi Kuchcie z koniem Ares. Drugi był Stanisław Babiarz i koń Ignac, na trzecim miejscu uplasował się Henryk Wróbek na koniu Kuba. Ostatni był Maksymilian Fryżlewicz z koniem Solar. Wspominam o tym nie przypadkowo- on też dostał nagrodę w postaci worka prosa dla swojego rumaka, aby dobrze podjadł i za rok nie był ostatni.
Nie dość atrakcji…
Święto koniarzy w Łopusznej na tym się nie zakończyło. Impreza przeniosła się do części gastronomicznej, gdzie rozgrywany był kulinarny pojedynek- potyczka: szefowie kuchni kontra gaździny. Przeciwko paniom z Koła Gospodyń Wiejskich w Łopusznej wystąpili Sylwester Lis, Karol Górka i Łukasz Styrczula. Pojedynek był zażarty, aczkolwiek nad zwyczaj pokojowy. Może dlatego że jadła było pod dostatkiem i humory rywalizującym zespołom dopisywały. A tak na prawdę chodziło o kawał dobrej zabawy połączonej z pokazem tego, jak kiedyś się warzyło i dziś jak się gotuje. I wygląda na to, że pokolenia i style gotowania, ten miejscowy, łopuszański, góralski, niekoniecznie musi być tak daleki i odmienny od tego światowego, jak mawiają, na wysokim poziomie. A rywalizującym zespołom nie chodziło zapewne o wygraną. Pilnie obserwowałem ukradkowe spojrzenia młodych kucharzy, którzy nie raz reprezentowali kuchnie polską na salonach Europy. Ukradkowo rzucali ciekawe spojrzenia na sposób gotowania gaździn. Myślę, że wiele się od nich nauczyli i zapewne nie jedno wykorzystają w swojej pracy. Cwaniaki…
Kucharze zapowiedzieli kolejne zmagania, tym razem z dziczyzną w roli głównej, na kolejnej końskiej imprezie w Łopusznej- na wrześniowym Hubertusie. Kto zatem nie był w ta niedzielę, niech przybędzie we wrześniu. Kto nie da rady- będzie mógł o tym poczytać w kolejnej gorącej relacji naszego reportera.
W cieniu Morskiego Oka.

Przez cały czas trwania imprezy hippicznej w powietrzu wisiała sprawa śmierci konia w drodze do Morskiego Oka. Nikt głośno o tym nie mówił co prawda, ale zastanawiałem się, jak ci ciężko pracujący na co dzień ludzie, którzy, co było widać, dbają i pielęgnują, żeby nie powiedzieć kochają swoje konie, mogą dopuścić do zamęczenia zwierzęcia. Bo tak się teraz w Polsce mówi- właśnie o zamęczeniu. Jakoś mi to nie pasowało do obrazu, który zobaczyłem. Poczytałem zatem, popytałem obecnych w Łopusznej koniarzy, i wszyscy jak jeden mąż smutno wspominali o nagonce na fiakrów po serii wypadków. I wierzcie mi lub nie, żaden z nich by nie dopuścił do utraty zwierzęcia w tak głupi sposób jak zamęczenie w pracy. Zwłaszcza dla paru więcej turystów na wozie. Wypadki się zdarzają, i tak było na trasie do Morskiego Oka. Góral stracił przyjaciela, który zapewniał mu byt jak i jego rodzinie. Koszt konia jest ogromny, a co dopiero wprawionego w pracę. A ponadto pamiętajmy o jednym, koń nie człowiek, nie może pracować ponad miarę… I każdy posiadacz tych szlachetnych zwierząt o tym wie.
Łukasz Razowski
| Komentarze |
|
3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."
| < Poprzednia | Następna > |
|---|
Podobne artykuły
NowePodhale.pl - Wszelkie prawa zastrzezone


